Małgosia Świtała - w Radiu ZET przygotowuje i prowadzi poranne wydania "Wiadomości". Jest również szefową newsroomu RADIOSTACJI.
Maciej Kozielski: W jaki sposób trafiła Pani do Radia ZET?
Małgosia Świtała: Najłatwiejszy z możliwych: bo chciałam. Koleżanka zapytała czy nie chciałabym pracować w Radiu ZET, a że właśnie tak było - zadzwoniłam do Kamili Ceran, szefowej newsroomu. Spotkanko, nagranko i wyszło, że nie jak wcześniej się umawiałyśmy będę czytać noce, wieczory i weekendy, a poranki. Wyobraź sobie moją konsternację. Nawet nie pamiętam czy wybąkałam "dziękuję". W tej sekundzie byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.
MK: Jak wspomina Pani pierwszy dyżur?
MŚ: Pierwszy dyżur był z zaskoczenia.... Przyszłam rano do radia z zamiarem "przyzwyczajania się" i popisania depesz w czasie rzeczywistym czyli dziennik co kwadrans. Dwie minuty przed pierwszym dziennikiem Kama zapytała czy mam już wszystko napisane. Ja odpowiedziałam, że TAK. No i usłyszałam, że mam iść do studia... Cholerne nerwy - głos mi się łamał ze zdenerwowania, ale na antenie było OK.
MK: Jak się pracuję Pani w Radiu ZET?
MŚ: Czuję się jak ryba w wodzie. Najważniejsze, że nic nie widać... Żart. Najważniejsi są ludzie. A ci tutaj są po prostu idealni. Mi się żyje z nimi dobrze. Mam nadzieję, że im ze mną też, chociaż od czasu do czasu słyszę, że mam się w końcu zamknąć. Tu ich rozumiem, bo do małomównych nie należę.
MK: Jak wygląda praca depeszowca?
MŚ: Jak każda inna. Czytasz, oglądasz, słuchasz, a jak już wiesz to piszesz. Przychodzę rano na dyżur - przeglądam gazety, depesze agencyjne z nocy i wieczora, a potem zabieram się do dziennika.
MK: Czy można się przyzwyczaić do wstawania skoro świt?
MŚ: Chyba nie ma takiej rzeczy, do której nie można by było się przyzwyczaić. Wstawanie o 3ciej rano to styl życia. Ja żyję w tempie swojej pracy. Zawsze wcześnie wstawałam. W weekendy na przykład około 5. Na urlopie
godzinę później.
Rozmawiał: Maciej Kozielski, RadioZET.net, Warszawa 26 sierpnia 2004
|